Hubert Sosnowski
Rocznik
'91. Studiuje Kulturoznawstwo na Uniwersytecie w Białymstoku.
Miłośnik książek, muzyki i kina (zwłaszcza kopanego) z lat 80'.
Debiutował ciepło przyjętą "Drugą stroną marzeń",
opowiadaniem zamieszczonym w 57 numerze "Science Fiction Fantasy
i Horror". Nakładem tego miesięcznika ukazała się również historia fantasy pod tytułem "Za garść piachu". Publikował też w serwisach www.kawerna.pl i szortal.com oraz w piśmie "Literacje".
i Horror". Nakładem tego miesięcznika ukazała się również historia fantasy pod tytułem "Za garść piachu". Publikował też w serwisach www.kawerna.pl i szortal.com oraz w piśmie "Literacje".
O
sile rażenia filmów decyduje wiele czynników. Scenariusz, zdjęcia,
gra aktorska, efekty specjalne, dynamika czy klimat to tylko niektóre
elementy układanki. Za nimi, gdzieś w tle stoi jeszcze szara
eminencja, prawdziwa czwarta władza, coś, co potrafi zaważyć na
przyjemności płynącej z oglądania. Imię jego brzmi: Przestrzeń.
Temu
pojęciu można przypisać kilka znaczeń. Na początek zajmiemy się
najbardziej łopatologicznym, które przychodzi do głowy w pierwszej
kolejności. Przestrzeń w kadrze, widoczna na ekranie.
Tym
zjawiskiem grają przede wszystkim stare filmy drogi. By daleko nie
szukać, weźmy Easy Ridera w wersji czterokołowej czyli legendarne
Vanishing Point. Minimum dialogów, wydarzeń tak naprawdę niewiele.
Bohater spotyka podczas podróży raptem kilku ludzi. Liczy się to,
że pruje białym Challengerem przez pustynię. Liczy się pojmowana
po amerykańsku wolność. I to pustynia z garstką odludków –
może nawet bardziej niż to, co mówią czy robią - nadaje
odpowiedni klimat obrazowi Richarda C. Sarafiana.
Podobnie
ma się sprawa z pierwszymi Autami, gdzie bohater wyzwala się z
pędzącego trybu życia. McQueen poznaje siebie właśnie dzięki
temu, że przypadkiem trafił do zabitej dechami, zapomnianej przez
wszystkich (prócz garstki mieszkańców) dziury na pustyni. Gdzieś
między kolejnymi etapami przymusowych robót znajduje wszystko to,
czego nie miał. Przyjaciół i wytchnienie.
Filmy
z samochodami w tle kochają przestrzeń, a przestrzeń chętnie tym
obrazom służy. Nadaje niewymuszonej głębi i przekonuje widzów,
że oto obcują z czymś wyjątkowym nieskończonym, gdzie znajdą
namiastkę wolności chociaż na dwie godziny.
By osiągnąć ten magiczny efekt, często wystarczy kilka zręcznych
ujęć, o czym świadczą przytoczone już Auta czy choćby... Piraci
z Karaibów. Film zupełnie niedotyczący motoryzacji. Zdjęcia
Dariusza Wolskiego utrzymały nas w przeświadczeniu, że świat
Jacka Sparrowa jest nieskończony. Ci, którzy są w stanie marzyć,
utoną w obrazach Verbińskiego, bo ta lekka – choć niegłupia -
rozrywka temu służy. Niemal identyczny efekt osiągnęła ekipa
Spielberga w Ostatniej Krucjacie (znowu pustynia!). Plan pokazano
tak, że wierzymy,
iż Indy’ego przeciągnięto przez pół świata, lecz to jeszcze nie koniec. W ostatniej scenie wierzymy, że odjeżdżają nie na emeryturę, lecz ku niekończącej się Przygodzie. Wszystko za sprawą ukazania miejsc, przez które nasza wyobraźnia wędruje daleko poza kadr.
iż Indy’ego przeciągnięto przez pół świata, lecz to jeszcze nie koniec. W ostatniej scenie wierzymy, że odjeżdżają nie na emeryturę, lecz ku niekończącej się Przygodzie. Wszystko za sprawą ukazania miejsc, przez które nasza wyobraźnia wędruje daleko poza kadr.
I
nie chce się zatrzymać.
Świetny
przykład daje w tym wypadku kumpel Spielberga, George Lucas w starej
trylogii Gwiezdnych Wojen. Epizody IV-VI skupiały się na kilku
bohaterach i wielkiej drace w odległej galaktyce, a świat ukazywano
zdawkowo, nie wchodząc w szczegóły. Dzięki zdolnemu operatorowi
przekonał nas, że ta przestrzeń nie ma końca, scenografia i kilku
kukiełkowych kosmitów dopełniły całości. Przyroda i ludzkie
zabudowania majaczące gdzieś na granicy pola widzenia świetnie
napędzały wyobraźnię. Tak powstał żyjący własnym rytmem
świat, konsekwentnie budowany na poetyce mitu.
Problem
zaczął się, gdy Lucas wypuścił nową trylogię. Tak na dobrą
sprawę, to nie były złe filmy. Momentami bardzo dobrze się je
oglądało, mimo drętwych dialogów. Po prostu reżyser zarżnął
to, co wypracował, gdy postanowił zapchać po brzegi ekran
komputerowo generowanymi stworkami, robocikami i statkami. Zdaję
sobie sprawę, że twórca Gwiezdnych Wojen po prostu dostosował się
do wymogów współczesności, niemniej szkoda. Wystarczyło zdać
się na skąpe, wykonane stolarską robotą scenografie, które
majaczyły gdzieś w tle, by osiągnąć efekt, który bezbłędnie
zadziałał w legendarnych filmach.
Sprawił,
że kupiliśmy to uniwersum bez szemrania. Pomijam dylematy
specjalistów
z różnych dziedzin, np. roztrząsanie hermetyczności owiewek X-Wingów. Nigdy nie widziałem sensu w rozbieraniu mitów na czynniki pierwsze i udowadnianiu, że przecież skrzydlaty koń nigdy nie istniał.
z różnych dziedzin, np. roztrząsanie hermetyczności owiewek X-Wingów. Nigdy nie widziałem sensu w rozbieraniu mitów na czynniki pierwsze i udowadnianiu, że przecież skrzydlaty koń nigdy nie istniał.
Wykorzystując
olbrzymią przestrzeń można również osiągnąć wrażenie
ucieczki od świata prawa. Wykorzystał to Sergio Leone w Dolarowej
Trylogii, zwłaszcza zaś w Dobry, Zły
i Brzydki. Tam przeżywają tylko najtwardsi i najsprytniejsi. Reszta zostawi po sobie tylko kości bielejące w pustynnym słońcu. Klimat odosobnienia potęgowała muzyka Morricone, która brzmiała jak wycie kojota niosące się po skałach.
i Brzydki. Tam przeżywają tylko najtwardsi i najsprytniejsi. Reszta zostawi po sobie tylko kości bielejące w pustynnym słońcu. Klimat odosobnienia potęgowała muzyka Morricone, która brzmiała jak wycie kojota niosące się po skałach.
Oczywiście,
równie dobrze można wykorzystywać absolutnie minimalną,
klaustrofobiczną przestrzeń, by osiągnąć efekt zagrożenia,
potęgować napięcie i budować odpowiedni nastrój. Twórcy
horrorów, thrillerów i kryminałów opanowali tę sztukę do
perfekcji. Przychodzi mi do głowy rewelacyjny Glina. Bohater w
serialu Pasikowskiego poruszał się po zwyczajnych domach,
podwórkach i paru pokojach Komendy Stołecznej.
Kiedy jednak w deszczową noc komisarz Gajewski zapuszcza się do
ponurego magazynu albo ciasnej piwnicy pod blokiem, a kamera podąża
za jego plecami, emocje sięgają zenitu – że tak się posłużę
wyświechtanym zwrotem W ostatnim odcinku mamy też klaustrofobiczną
scenę w windzie, której nie powstydziliby się twórcy klasycznych,
naprawdę strasznych horrorów. Dzięki takim zagrywkom polski serial
zyskał potężną siłę rażenia.
Przestrzeń
można też rozpatrywać jako coś, czego oko nie wychwyci.
A teraz wyobraźcie sobie, że
dowolny film to... terrarium. Niewielkie, schludne, wyłożone
piachem, zielskiem i patykami, bo przecież jaszczurka, którą
złapaliście przy stawie, nie będzie zasuwać po samym szkle.
Dbacie zarówno o gada, jak i o jego „mieszkanko”. Dostarczacie
pokarmu. Co jest jednak jeszcze ważniejsze od natłoku bajerów?
Dostęp do powietrza.
Widz
potrzebuje momentu wytchnienia pomiędzy kolejnymi atrakcjami
serwowanymi przez filmowców.
Cykle
filmowe najlepiej uwidaczniają ten problem.
Pierwszy
Shrek był rewelacyjną animacją. Twórcy okrasili film potężną
dawką humoru, jednak znali umiar i proporcje. Dawkowali nam żarty w
porcjach, które zdążymy przyjąć, przetrawić – i odetchnąć.
Dlatego przebój Dreamworksa oglądało się jak opowieść drogi.
Humor dominował na ekranie, jednak pomiędzy kolejnymi skeczami i
rozpierduchami bohaterowie mieli chwilę na spacer, a nawet kilka
minut na wyciszenie. Słowem, odpowiednie rozmieszczenie akcentów
pozwoliło na budowanie odpowiedniego klimatu
i wrzucenie kilku emocji, których nie podszyto tanim szyderstwem, czy też parodią.
i wrzucenie kilku emocji, których nie podszyto tanim szyderstwem, czy też parodią.
Dlatego
pierwszą część przygód ogra ogląda się tak przyjemnie i można
do niej wracać
w nieskończoność. Brak świeżości kolejnych odsłon wynikał z zaburzenia proporcji i dążenia do autoparodii nawet tych elementów, które mimo wszystko powinny zostać poważne. Tymczasem Dreamworks rzucił się na hasło „więcej, lepiej, szybciej”. Shrek 2, 3 i 4 – przyzwoite komedie, ale nic więcej - próbowały wymusić na nas rubaszny rechot zwykłym „dzień dobry”. Ciężko znosić kolejne salwy śmiechu, gdy nie mamy nawet chwili na oddech. Nie mówiąc już o zapchaniu historii kolejnymi szwadronami postaci z bajek, które zbyt często pchały się na pierwszy plan.
w nieskończoność. Brak świeżości kolejnych odsłon wynikał z zaburzenia proporcji i dążenia do autoparodii nawet tych elementów, które mimo wszystko powinny zostać poważne. Tymczasem Dreamworks rzucił się na hasło „więcej, lepiej, szybciej”. Shrek 2, 3 i 4 – przyzwoite komedie, ale nic więcej - próbowały wymusić na nas rubaszny rechot zwykłym „dzień dobry”. Ciężko znosić kolejne salwy śmiechu, gdy nie mamy nawet chwili na oddech. Nie mówiąc już o zapchaniu historii kolejnymi szwadronami postaci z bajek, które zbyt często pchały się na pierwszy plan.
Momenty
wyciszenia po kolejnych demolkach były największym sojusznikiem
twórców Shreka. Na szczęście przy obu Kung Fu Pandach nie
popełnili tego samego błędu.
O
regułę „więcej, lepiej” potknęli się niedawno czarodzieje z
Pixara, co bardzo mnie zdziwiło. Auta 2 pod wieloma względami są
równie dobrym, jeśli nie lepszym, dziełem niż poprzednik.
Wspaniałe animacje, olbrzymia porcja żartów, zabawa ze szpiegowską
konwencją, totalna demolka i jazda bez trzymanki. Gdzieś jednak
podział się urok pierwszej części, który polegał właśnie na minimalizmie Humor, a jakże, był, równie celny, jednak podawany
w mniejszych porcjach. Akcja też się rozpędzała w stosownych
momentach. Pomiędzy wyścigami i bawieniem widza Pixar zmieścił
jednak kilka sympatycznych sekwencji snucia się po amerykańskich
bezdrożach. Zabieg ten wpłynął niesamowicie na potęgowany
„samochodową” muzyką klimat i wydźwięk filmu.
W
Autach 2 zasypano nas wybuchami, świstem, gwizdem, totalnym
zniszczeniem
i piskiem opon. Pomiędzy kolejne sekwencje akcji wciśnięto jeszcze Złomkowy humor i oto dostaliśmy kolejnego rekordzistę box office’u. Tyle tylko, że poprzednie filmy Pixara też osiągały szczyty – i to bez narzucania widzowi zawrotnego tempa. Nie tylko ja wyszedłem
z kina lekko zawiedziony – i nawet nie od razu wiedziałem, dlaczego.
i piskiem opon. Pomiędzy kolejne sekwencje akcji wciśnięto jeszcze Złomkowy humor i oto dostaliśmy kolejnego rekordzistę box office’u. Tyle tylko, że poprzednie filmy Pixara też osiągały szczyty – i to bez narzucania widzowi zawrotnego tempa. Nie tylko ja wyszedłem
z kina lekko zawiedziony – i nawet nie od razu wiedziałem, dlaczego.
Auta
2 niechcący zaprzeczyły idei pierwowzoru.
Mam
taką cichą nadzieję, że następna część, o ile powstanie,
nawiązywać będzie do pierwszych Aut. W końcu to Pixar, a po
niewielkim potknięciu na pewno złapią równowagę.
„Znaj
proporcje, mocium panie”. Zdanie Fredry, lekko przekształcone na
potrzeby współczesności, doskonale oddaje istotę problemu.
Filmowcy, którzy trzymali się tej staropolskiej mądrości,
wygrywali.
A my
pokochaliśmy ich filmy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz