wtorek, 26 lutego 2013

Pustynia, kontynuacje i swobodne oddychanie, czyli o przestrzeni słów kilka





Hubert Sosnowski

Rocznik '91. Studiuje Kulturoznawstwo na Uniwersytecie w Białymstoku. Miłośnik książek, muzyki i kina (zwłaszcza kopanego) z lat 80'. Debiutował ciepło przyjętą "Drugą stroną marzeń", opowiadaniem zamieszczonym w 57 numerze "Science Fiction Fantasy
i Horror". Nakładem tego miesięcznika ukazała się również historia fantasy pod tytułem "Za garść piachu". Publikował też w serwisach 
www.kawerna.pl i szortal.com oraz w piśmie "Literacje".


O sile rażenia filmów decyduje wiele czynników. Scenariusz, zdjęcia, gra aktorska, efekty specjalne, dynamika czy klimat to tylko niektóre elementy układanki. Za nimi, gdzieś w tle stoi jeszcze szara eminencja, prawdziwa czwarta władza, coś, co potrafi zaważyć na przyjemności płynącej z oglądania. Imię jego brzmi: Przestrzeń.
Temu pojęciu można przypisać kilka znaczeń. Na początek zajmiemy się najbardziej łopatologicznym, które przychodzi do głowy w pierwszej kolejności. Przestrzeń w kadrze, widoczna na ekranie.
Tym zjawiskiem grają przede wszystkim stare filmy drogi. By daleko nie szukać, weźmy Easy Ridera w wersji czterokołowej czyli legendarne Vanishing Point. Minimum dialogów, wydarzeń tak naprawdę niewiele. Bohater spotyka podczas podróży raptem kilku ludzi. Liczy się to, że pruje białym Challengerem przez pustynię. Liczy się pojmowana po amerykańsku wolność. I to pustynia z garstką odludków – może nawet bardziej niż to, co mówią czy robią - nadaje odpowiedni klimat obrazowi Richarda C. Sarafiana.

Podobnie ma się sprawa z pierwszymi Autami, gdzie bohater wyzwala się z pędzącego trybu życia. McQueen poznaje siebie właśnie dzięki temu, że przypadkiem trafił do zabitej dechami, zapomnianej przez wszystkich (prócz garstki mieszkańców) dziury na pustyni. Gdzieś między kolejnymi etapami przymusowych robót znajduje wszystko to, czego nie miał. Przyjaciół i wytchnienie.
Filmy z samochodami w tle kochają przestrzeń, a przestrzeń chętnie tym obrazom służy. Nadaje niewymuszonej głębi i przekonuje widzów, że oto obcują z czymś wyjątkowym nieskończonym, gdzie znajdą namiastkę wolności chociaż na dwie godziny.
By osiągnąć ten magiczny efekt, często wystarczy kilka zręcznych ujęć, o czym świadczą przytoczone już Auta czy choćby... Piraci z Karaibów. Film zupełnie niedotyczący motoryzacji. Zdjęcia Dariusza Wolskiego utrzymały nas w przeświadczeniu, że świat Jacka Sparrowa jest nieskończony. Ci, którzy są w stanie marzyć, utoną w obrazach Verbińskiego, bo ta lekka – choć niegłupia - rozrywka temu służy. Niemal identyczny efekt osiągnęła ekipa Spielberga w Ostatniej Krucjacie (znowu pustynia!). Plan pokazano tak, że wierzymy,
iż Indy’ego przeciągnięto przez pół świata, lecz to jeszcze nie koniec. W ostatniej scenie wierzymy, że odjeżdżają nie na emeryturę, lecz ku niekończącej się Przygodzie. Wszystko za sprawą ukazania miejsc, przez które nasza wyobraźnia wędruje daleko poza kadr.
I nie chce się zatrzymać.
Świetny przykład daje w tym wypadku kumpel Spielberga, George Lucas w starej trylogii Gwiezdnych Wojen. Epizody IV-VI skupiały się na kilku bohaterach i wielkiej drace w odległej galaktyce, a świat ukazywano zdawkowo, nie wchodząc w szczegóły. Dzięki zdolnemu operatorowi przekonał nas, że ta przestrzeń nie ma końca, scenografia i kilku kukiełkowych kosmitów dopełniły całości. Przyroda i ludzkie zabudowania majaczące gdzieś na granicy pola widzenia świetnie napędzały wyobraźnię. Tak powstał żyjący własnym rytmem świat, konsekwentnie budowany na poetyce mitu.
Problem zaczął się, gdy Lucas wypuścił nową trylogię. Tak na dobrą sprawę, to nie były złe filmy. Momentami bardzo dobrze się je oglądało, mimo drętwych dialogów. Po prostu reżyser zarżnął to, co wypracował, gdy postanowił zapchać po brzegi ekran komputerowo generowanymi stworkami, robocikami i statkami. Zdaję sobie sprawę, że twórca Gwiezdnych Wojen po prostu dostosował się do wymogów współczesności, niemniej szkoda. Wystarczyło zdać się na skąpe, wykonane stolarską robotą scenografie, które majaczyły gdzieś w tle, by osiągnąć efekt, który bezbłędnie zadziałał w legendarnych filmach.
Sprawił, że kupiliśmy to uniwersum bez szemrania. Pomijam dylematy specjalistów
z różnych dziedzin, np. roztrząsanie hermetyczności owiewek X-Wingów. Nigdy nie widziałem sensu w rozbieraniu mitów na czynniki pierwsze i udowadnianiu, że przecież skrzydlaty koń nigdy nie istniał.
Wykorzystując olbrzymią przestrzeń można również osiągnąć wrażenie ucieczki od świata prawa. Wykorzystał to Sergio Leone w Dolarowej Trylogii, zwłaszcza zaś w Dobry, Zły
i Brzydki
. Tam przeżywają tylko najtwardsi i najsprytniejsi. Reszta zostawi po sobie tylko kości bielejące w pustynnym słońcu. Klimat odosobnienia potęgowała muzyka Morricone, która brzmiała jak wycie kojota niosące się po skałach.
Oczywiście, równie dobrze można wykorzystywać absolutnie minimalną, klaustrofobiczną przestrzeń, by osiągnąć efekt zagrożenia, potęgować napięcie i budować odpowiedni nastrój. Twórcy horrorów, thrillerów i kryminałów opanowali tę sztukę do perfekcji. Przychodzi mi do głowy rewelacyjny Glina. Bohater w serialu Pasikowskiego poruszał się po zwyczajnych domach, podwórkach i paru pokojach Komendy Stołecznej.
Kiedy jednak w deszczową noc komisarz Gajewski zapuszcza się do ponurego magazynu albo ciasnej piwnicy pod blokiem, a kamera podąża za jego plecami, emocje sięgają zenitu – że tak się posłużę wyświechtanym zwrotem W ostatnim odcinku mamy też klaustrofobiczną scenę w windzie, której nie powstydziliby się twórcy klasycznych, naprawdę strasznych horrorów. Dzięki takim zagrywkom polski serial zyskał potężną siłę rażenia.
Przestrzeń można też rozpatrywać jako coś, czego oko nie wychwyci.
A teraz wyobraźcie sobie, że dowolny film to... terrarium. Niewielkie, schludne, wyłożone piachem, zielskiem i patykami, bo przecież jaszczurka, którą złapaliście przy stawie, nie będzie zasuwać po samym szkle. Dbacie zarówno o gada, jak i o jego „mieszkanko”. Dostarczacie pokarmu. Co jest jednak jeszcze ważniejsze od natłoku bajerów? Dostęp do powietrza.
Widz potrzebuje momentu wytchnienia pomiędzy kolejnymi atrakcjami serwowanymi przez filmowców.
Cykle filmowe najlepiej uwidaczniają ten problem.
Pierwszy Shrek był rewelacyjną animacją. Twórcy okrasili film potężną dawką humoru, jednak znali umiar i proporcje. Dawkowali nam żarty w porcjach, które zdążymy przyjąć, przetrawić – i odetchnąć. Dlatego przebój Dreamworksa oglądało się jak opowieść drogi. Humor dominował na ekranie, jednak pomiędzy kolejnymi skeczami i rozpierduchami bohaterowie mieli chwilę na spacer, a nawet kilka minut na wyciszenie. Słowem, odpowiednie rozmieszczenie akcentów pozwoliło na budowanie odpowiedniego klimatu
i wrzucenie kilku emocji, których nie podszyto tanim szyderstwem, czy też parodią.
Dlatego pierwszą część przygód ogra ogląda się tak przyjemnie i można do niej wracać
w nieskończoność. Brak świeżości kolejnych odsłon wynikał z zaburzenia proporcji i dążenia do autoparodii nawet tych elementów, które mimo wszystko powinny zostać poważne. Tymczasem Dreamworks rzucił się na hasło „więcej, lepiej, szybciej”. Shrek 2, 3 i 4 – przyzwoite komedie, ale nic więcej - próbowały wymusić na nas rubaszny rechot zwykłym „dzień dobry”. Ciężko znosić kolejne salwy śmiechu, gdy nie mamy nawet chwili na oddech. Nie mówiąc już o zapchaniu historii kolejnymi szwadronami postaci z bajek, które zbyt często pchały się na pierwszy plan.
Momenty wyciszenia po kolejnych demolkach były największym sojusznikiem twórców Shreka. Na szczęście przy obu Kung Fu Pandach nie popełnili tego samego błędu.
O regułę „więcej, lepiej” potknęli się niedawno czarodzieje z Pixara, co bardzo mnie zdziwiło. Auta 2 pod wieloma względami są równie dobrym, jeśli nie lepszym, dziełem niż poprzednik. Wspaniałe animacje, olbrzymia porcja żartów, zabawa ze szpiegowską konwencją, totalna demolka i jazda bez trzymanki. Gdzieś jednak podział się urok pierwszej części, który polegał właśnie na minimalizmie  Humor, a jakże, był, równie celny, jednak podawany w mniejszych porcjach. Akcja też się rozpędzała w stosownych momentach. Pomiędzy wyścigami i bawieniem widza Pixar zmieścił jednak kilka sympatycznych sekwencji snucia się po amerykańskich bezdrożach. Zabieg ten wpłynął niesamowicie na potęgowany „samochodową” muzyką klimat i wydźwięk filmu.
W Autach 2 zasypano nas wybuchami, świstem, gwizdem, totalnym zniszczeniem
i piskiem opon. Pomiędzy kolejne sekwencje akcji wciśnięto jeszcze Złomkowy humor i oto dostaliśmy kolejnego rekordzistę box office’u. Tyle tylko, że poprzednie filmy Pixara też osiągały szczyty – i to bez narzucania widzowi zawrotnego tempa. Nie tylko ja wyszedłem
z kina lekko zawiedziony – i nawet nie od razu wiedziałem, dlaczego.
Auta 2 niechcący zaprzeczyły idei pierwowzoru.
Mam taką cichą nadzieję, że następna część, o ile powstanie, nawiązywać będzie do pierwszych Aut. W końcu to Pixar, a po niewielkim potknięciu na pewno złapią równowagę.
„Znaj proporcje, mocium panie”. Zdanie Fredry, lekko przekształcone na potrzeby współczesności, doskonale oddaje istotę problemu. Filmowcy, którzy trzymali się tej staropolskiej mądrości, wygrywali.
A my pokochaliśmy ich filmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz